Kilka ostatnich dni spędziliśmy u dziadków. Ta atrakcja to coroczne, letnie marzenie naszych dzieci.
– Mamo, babcia z dziadkiem mieszkają w tym zielonym domu?
– Tak
– W takim całym zielonym?
– Tak
– To właśnie tam chcemy jechać
– Mamo, a czy on ma taki czerwony dach?
– Tak córeczko
– Hmm…, to na pewno jest ten dom, mój ulubiony
– A Oskarek i Filip, też w nim mieszkają, prawda?
– Tak
– Mamo wiesz, to my tam musimy jechać zaraz, wiesz…
– A dlaczego zaraz? – zdziwił mnie ten pośpiech
– No jak to dlaczego, bo są wakacje

Co było robić. Jak musimy to musimy.
Piątek, godzina 9 rano, Kuba już wydobrzał po anginie, w necie znaleźliśmy pociąg o 12 z minutami. Walizkę mamy, na szczęście wszystko wyprane i wyprasowane. Autobus na dworzec o 11.20, to prawie 15 km, ale powinniśmy zdążyć. A bilety? Jakoś kupimy…
Jedziemy, upał straszny, butelki z wodą zostały w kuchni na blacie, o kanapkach nawet nie było czasu pomyśleć. Przed nami jakieś 500 km. Na miejscu będziemy ok 23.30.
Najpierw przystanek autobusowy, biegniemy co sił w nogach. Pierwsza Zuzia ze swoją walizeczką na kółkach, tylko jej blond kucyk wesoło dynda, zupełnie nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji, bo żółty kolor autobusu już błyszczy za rogiem. Matka przyspiesza, Kuba na swoim biegowym dwukołowcu zdecydował, że obserwacja psa sąsiada to dużo ważniejsze zajęcie niż gonienie autobusu. Stanął więc jak wryty i patrzy, niezbyt długo jednak, bo za chwilę już wywija nogami w powietrzu porwany przez zdyszana matkę. 20 kilogramowa walizka, torebka, 12 kilogramowe dziecię i rowerek biegowy, a i jeszcze matka blągerką jest, więc na plecach plecak z aparatem.
Jesteśmy w metalowej saunie na kółkach, pot leci ciurkiem. Widać gość stojący obok zupełnie nie radzi sobie z takimi upałami i orzeźwia się „czystą”. Dla niego to sposób nie najgorszy, bo usiadł na podłodze i zasnął jak dziecko, tylko my wraz z rozgrzanym do czerwoności powietrzem wdychamy dodatkowe promile, które przyprawiają o zawrót głowy. Dzieci kręcą nosami i próbują dostać się do mojego ucha, żeby powiedzieć że śmieldzi, może to i lepiej, zaaferowane nie pytają co chwilę „daleko jeszcze”.
Dojechaliśmy, musimy tylko pokonać ruchliwą ulicę bez kolizji i naszym oczom ukazują się trzy kilometrowe kolejki do kas. Stajemy pokornie, znaczy się ja staję, dzieci są zbyt prawdziwe żeby udawać pokorę. Jeżdżą rowerkiem po dworcowej poczekalni, ku niezadowoleniu grubej pani z pieskiem, który przed chwilą nasikał pod krzesło i wysokiego blondyna nerwowo łypiącego okiem w ich kierunku. Mamy 10 minut do odjazdu pociągu i trzy osoby do okienka…, dwie…jedna…
– Pani przejdzie do następnej kolejki, bo mam do wymiany 30 biletów i zajmie to co najmniej pół godziny –
To nie może być do mnie, za kilka minut mamy pociąg, rozglądam się… Nikt nie przyznaje się, że jest adresatem wiadomości, która wypłynęła przez dziurę w szybie.
– Przepraszam, może pani mnie przepuści, mam dwójkę dzieci, sto bagaży i pociąg za 5 minut – pytam grzecznie panią przy okienku obok
– Ja mam za 3 minuty – rzuca zdawkowo kobieta nawet na mnie nie patrząc
Zbieram dzieci z poczekalni wraz z walizką, walizeczką, plecakiem, rowerkiem, torebeczką i ruszam kłusem przed siebie. Schody w dół: jeden, dwa, trzy…, czternaście. Schody w górę raz z walizką, walizeczką, plecakiem, rowerkiem, torebeczką, drugi raz z dziećmi pod pachami, bo schody obsikane i „śmieldzą”.
Wpadamy na ostatnia chwilę do pociągu, bez biletów, bez jedzenia i bez picia, za to w komplecie z walizką, walizeczką…i wiecie czym jeszcze.
Życzliwa Pani z pierwszego lepszego przedziału zostaje na moment z dziećmi i wal…, a ja ruszam na poszukiwanie władzy w pociągu. Niespotykanie uprzejma p. kierownik wypisuje nam bilet, nie naliczając przy tym żadnej dodatkowej opłaty, tyle dobrego. Po 3 godzinach jazdy przyszedł pan z obwoźnym straganem i za niecałe pięć dych sprzedał nam 4 butelki napoju, dwa chemiczne rogale, paczkę delicji i paluszki. Tyle mamy ku niekrytej uciesze młodych, aby przeżyć do 23.30, damy radę.
Później jest już tylko lepiej, nie licząc chłostających po plecach przeciągów, chodzących po głowie dzieci, wyjącego psa w sąsiednim wagonie i rudego pana z przeziębionym pęcherzem, który skutecznie zamienia moje białe japonki w szaroburą szmatę.
Po drodze jeszcze szybka przesiadka, niedosmażone frytki złapane w biegu i jesteśmy na miejscu.
Rozpoczynamy czas kilkudniowej regeneracji przed podróżą powrotną.
Matka w niedoczasie uczy się afrykańskiej sztuki noszenia na głowie, bo pewnie wracając od dziadków będziemy mieli jeszcze kilka dodatkowych pakunków.
Niech żyją wakacje, wypoczynek… i szczęśliwe dzieciństwo!!!

Podobne Posty

  • Niech żyją wakacje ! 🙂

  • Karola

    Agnieszka, jesteś szalona, ale tak pozytywnie. Ja bym się chyba nie odważyła na taki wyjazd, świetnie napisane, uśmiałam się.

    • Wiesz, została mi odrobina szaleństwa z czasów młodości i lubię po nią sięgać 🙂 A jakie dzieci są tym zachwycone.

  • ożesz! Ale Ty jesteś szalona! No szogun nie kobita 😛

  • Pingback: Maria Smith()

Polub nas, bedzie fajnie :)
Polubila(e)s? Kliknij tutaj aby sie wiecej nie wyswietlalo.
Przeczytaj inne:
noworoczne-postanowienia
Co warto sobie postanowić w Nowym Roku?

Do Nowego Roku pozostało kilkanaście godzin. Przygotowania idą pełną parą. Pomiędzy pomysłami na sylwestrową kreację i menu krąży upierdliwa myśl...

Zamknij