Była zdolną dziewczynką, rezolutną i wygadaną. Marzyła o tym żeby zostać panią nauczycielką. Pisała soczyste wypracowania i białe wiersze.

Przez trzy pierwsze lata chodziła do małej szkółki – filii dużej szkoły oddalonej od domu o jakieś 4 kilometry. Lubiła ją. Co rano z chęcią wstawała, jadła śniadanie, pakowała kanapki do plecaka i czekała na koleżanki. Wśród dziewczynek z osiedla panował zwyczaj, że przychodziły po siebie w drodze do szkoły. Najdalej mieszkała Magda, która zachodziła po Monikę. Z Moniką przychodziły po nią.  Później razem wędrowały do domu Moniki nr 2 i Sandry. Najczęściej dołączał do nich Alek, Marcin i Kamil. Taką ekipą szli do szkoły. Mijając niewielki staw karmili kaczki ( bo zawsze ktoś w plecaku znalazł wczorajsze, niedojedzone kanapki).

Łapali kijanki do butelki po piwie, która leżała w pobliskich krzakach.
Z praktycznych zajęć biologii wyrywał ich dobrze znany łoskot. Codziennie, 10 minut przed lekcjami, woźna potrząsając wielkim mosiężnym dzwonkiem, przypominała, że czas najwyższy przyspieszyć kroku. Ruszali w te pędy by zdążyć. Najczęściej na skróty, wąziutką ścieżką przy stawiku, wzdłuż walącej się chaty babci Kogutowej.
Babcia Kogutowa była staruszką, którą przy nadmiarze szczęścia spotyka się tylko raz w życiu. Miała około 100 lat, dwa wychudzone koty i psa który ujadał na każdego, kto próbował zbliżyć się do kilku sterczących desek na kształt płotu, odgradzających jej królestwo od rzeczywistości. Nikt nie miał tam wstępu. NIKT!

Babcia Kogutowa dla kilkulatki była dowodem istnienia czarownic.
Mieszkała w walącej się chatce, nad brzegiem rowu odprowadzającego wodę ze stawu. Kiedy szkolniaki cicho skradały się tuż przy jej domostwie i słychać było bicie ich serc, nagle zjawiała się ni stąd ni zowąd. Kto nie widział, nie uwierzy jak szybko można pokonać 20 metrów ścieżki szerokości stopy dziecka. Szkolna furtka jawiła się wówczas jak wyzwolenie z mocy bliżej nie określonej siły, której oddech czuło się jeszcze na plecach.

Klasy były obszerne i jasne.
Łososiowe ściany budynku, klomby z różami, woźna w niebieskim fartuchu w kwiaty, cztery kanki ze świeżym mlekiem i dojrzewające jabłka w szkolnym sadzie były rozkoszą dla zmysłów. Mała czuła się tam trochę jak w domu. Każda klasa miała swój ogródek, który przekopywało się jesienią, a wiosną obsiewało nasionami przyniesionymi z domu. Astry, bławatki, maki, złocienie, róże, słoneczniki, konwalie sąsiadowały z marchewką, groszkiem i truskawkami. Na płocie wisiał tęczowy groszek pachnący i pomarańczowe nasturcje, których zapach dzieciaki wciągały z rozkoszą podczas lekcji w plenerze.

W salach często zacinały się stare zamki i wtedy wychodziło się przez okno.
Zanim pan Mietek wziął się do naprawy, przynosił dzieciom stary kabel. Skakały wszystkie bez wyjątków, piszcząc przy tym tak donośnie, że biedna Babcia Kogutowa, nie znosząc już takich wrzasków, brała kawałek blachy falistej i zwijając ją w rulon, wołała donośnie „ciiiszaaaa!”. Wszyscy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, siadali na trawie. Najsilniejsi chłopcy przynosili bańkę z mlekiem, wielką chochlę i kilkanaście kubków. Białą ciecz znikała w oka mgnieniu, a jej pozostałości widniały jedynie na rękawach granatowych fartuszków, które kilka sekund wcześniej spotkały się z mlecznymi wąsami.
Tak mijały pierwsze lata szkolnego życia małej.

Umarła szkoła idealna bo inne czasy nastały.
Ale dziecko we mnie, blondyneczka z włosami do pasa, bardzo za nią tęskni. Śni. Czasami budzi się i czuje zapach odchodzącego lata w szkolnym ogrodzie. Myśli wtedy o babci Kogutowej – czarownicy, która oprócz rozkrzyczanych dzieciaków nie miała nikogo…
Łzy płyną po policzkach bo wiem, że moje dzieci nie będą miały takiej szkoły, że nigdy nie poznają czarownicy i tego bicia serca, i tego oddechu, i magii…

Takie szkoły wymarły, wraz z babcią Kogutową, bo inne czasy nastały..
Czy lepsze?

  • beata

    Agnieszko, nie wiem czy umarla idealna szkola. Swiat sie zmienia i my tez. Jako dorosli nie potrafimy spojrzec na swiat oczami dziecka, a to wlasnie w takim spojrzeniu jest tyle magii. Pozdrawiam serdecznie i bardzo mnie poruszylas tym, co napisalas u mnie. Dziekuje goraca. Beata
    Ps Ja tez bardzo chcialabym Cie spotkac na zywo. Moze kiedys Bog da.

    • Pewnie masz rację, wydaje mi się tylko że pęd w jakim żyjemy trochę „odwrażliwia” młodych. Na pewno się spotkamy 🙂

  • Czasami przychodzi do mnie żal, że moje dziewczyny nie doświadczą tylu cudnych rzeczy, które ja miałam na wyciągnięcie dłoni w dzieciństwie. A potem uświadamiam sobie, że dla nich magiczne będą wspomnienia samodzielnego wracania z grupą znajomych tramwajem do domu po szkole, pierwsze wyprawy z koleżanką na Rynek krakowski, ciacho zjedzone po rozpoczęciu roku szkolnego. Tak, czasy się zmieniają, ale magia nie uleciała. A fajne szkoły z prawdziwymi nauczycielami są – my taką mamy 🙂

  • zd

    umarła

Polub nas, bedzie fajnie :)
Polubila(e)s? Kliknij tutaj aby sie wiecej nie wyswietlalo.
Przeczytaj inne:
Praca własna dzieci
Zachwycająca edukacja

Kto nas śledzi ten wie, że od miesiąca Zuzia z Kubą chodzą do przedszkola Montessori. Wpis na czym polega w...

Zamknij