Kaśkę poznałam na dziennym oddziale psychiatrycznym w Krakowie, podczas praktyk. Miała 32 lata i towarzyszył jej głęboki smutek. Piękna wysoka dziewczyna o rysach greczynki, czarnych grubych włosach i oczach tak smutnych, że ile razy rozmawiałyśmy, miałam wrażenie, że pozbierały smutki całego świata.
Przyszła po pomoc. Z jej słów wynikało, że tu może odetchnąć, odpocząć, nie musi udawać, czuje się zrozumiana. Siedziałyśmy godzinami, a ona snuła swoją opowieść. Opowieść, pod którą mógłby się pewnie podpisać niejeden z nas. Opowieść trudną i powszednią jak chleb…

Mam dwoje dzieci i męża, który ciężko pracuje, żeby nam niczego nie brakowało. Codziennie rano wstaje i wychodzi, a ja zostaję sama z całą szarą codziennością, która często mnie przytłacza.
Wierz mi, że pragnę się uśmiechać, bo przecież mam zdrowe dzieci, kochającego męża, dom… Pragnę się uśmiechać – w jej oczach pojawiają się łzy – i nie potrafię.
Kiedy urodziłam Gutka miałam mnóstwo energii i planów na przyszłość. Bardzo chciałam kontynuować pracę w szpitalu dziecięcym, bo z wykształcenia jestem pielęgniarką. Niestety nigdy nie udało mi się tam wrócić.
Dlaczego? Wiesz jak to jest, najpierw trzeba wychować dzieci, dopiero później można zająć się karierą zawodową…
Synek był bardzo pogodnym dzieckiem, więc raczej nie miałam powodów do zmartwień… Chociaż gdy teraz patrzę na tamten czas, to coś już wtedy we mnie krzyczało. Już wtedy czułam, że wyrzucam własne potrzeby, za nawias naszego rodzinnego życia. Bo przecież dziecko jest najważniejsze, bo mąż pracuje cały dzień, więc należy mu się podany obiad, posprzątany dom, chwila relaksu po pracy,… A ja? Ja siedzę w domu, więc teoretycznie mam czas na wszystko, nie przemęczam się.
Kiedy wieczorami leżałam w łóżku, często połykałam łzy, które zbierały się nagle pod powiekami. Miałam wrażenie, że z dnia na dzień jest ich więcej i więcej…
Gutek rósł, a ja żyłam…jakoś żyłam. Dni przeciekały przez palce, pozostawiając bagaż smutku, zmęczenia, przygnębienia. Coraz częściej wybuchałam wściekłością, krzyczałam na syna, żeby nocą zadręczać się poczuciem winy, jaka to ze mnie zła matka… Po czterech latach urodziła się Zosia. Chwilowa euforia zamieniła się w piekło. Moje wewnętrzne piekło.
Każdego ranka zbierałam się w sobie, karmiłam dzieci, ubierałam je, Gutka odwoziłam do przedszkola, potem wracałam do domu. Pranie, sprzątanie, gotowanie obiadu, przewijanie, usypianie, do przedszkola, z Gutkiem na Judo…
Któregoś dnia Gutek złamał obcas w moich ulubionych szpilkach… i wylało się. Zalała mnie fala takiej rozpaczy, jakby cały świat zmówił się przeciwko mnie. Zostałam złamana…, roztrzaskana na milion kawałeczków. Mąż musiał wziąć wolne w pracy, bo ja leżałam całymi dniami, patrząc gdzieś daleko. Trudno w to uwierzyć, ale było mi wszystko jedno. Dzieci przychodziły, przytulały się… To było jak tortura, totalna bezsilność, przytłaczająca świadomość, że jestem zła matką i te małe dziecięce dłonie, które chciały wyrwać choć odrobinę matczynej czułości.

Dziś Kaśka, jest po terapii, ale od czasu do czasu spotyka się ze swoim lekarzem. Kiedy przychodzi wiosna, a później jesień, świat jakby trzymał sztamę z jej chorobą. Jednak nie pozwala sobie zbyt mocno uścisnąć ręki. Trzyma się swoich żelaznych zasad i każdego wieczoru zasypia z nadzieją.

Skąd się bierze depresja ?

Każdy z nas doświadcza strat w swoim życiu. Stratą jest brak dobrej relacji w małżeństwie, kłopoty ze zdrowiem, trudna sytuacja materialna. Dodatkowo, świat kreowany przez media, wydaje się być jedną wielką stratą. Wiadomości bombardują nas setkami morderstw, przestępstw, wypadków, porzuconych dzieci, nieuczciwością rządzących, brakiem nadziei na życie w dobrobycie, czy godną starość. Z drugiej strony pokazują seksowne modelki, ekskluzywne samochody, wspaniałe domy, śnieżnobiałe zęby, wzbudzając nasze tęsknotyi pragnienia, których nie jesteśmy w stanie zaspokoić.

Strata wydziera ranę

Kiedy doświadczamy strat, rodzi się w nas poczucie krzywdy i wewnętrzny smutek. Każda strata wydziera ranę. Pozostawia po sobie bolesny ślad.  Rana, to miejsce szczególnie wrażliwe. Jeżeli jest głęboka to nawet po zagojeniu pozostawia na ciele bliznę. Pragniemy uciec od tych nieprzyjemnych doznań, stąd coraz więcej uzależnień nie tylko od narkotyków, alkoholu czy seksu ale również od pracy, zakupów i wirtualnego świata.

Niezgoda na smutek i cierpienie

Często wypieramy smutek i pragniemy pozbyć się cierpienia, które towarzyszy ranie zadanej przez stratę. Udajemy, że wszystko jest w porządku, topiąc zmartwienia w kolejnym drinku, utożsamiając się z bohaterami kolejnego serialu, zagryzając zęby i przyklejając na usta wymuszony uśmiech, pracując, pracując, pracując.
Nie zgadzamy się by wypłakać łzy zgromadzone w sercu, by doświadczyć cierpienia. Nie chcemy być postrzegani jako ludzie słabi!

Głęboki smutek – przelało się

Niestety na dłuższą metę nie jesteśmy w stanie oszukać samych siebie. Smutek, poczucie straty, cierpienie, których świadomie nie przeżyliśmy, nie przepracowaliśmy, nie mogą nas opuścić. Zbierają się w głębinach podświadomości, jak krople wina w kielichu. I jeżeli nie znajdziemy dla nich ujścia, przychodzi moment w którym kolejna kropla – strata, jak choćby ten nieszczęsny złamany obcas, sprawia, że z kielicha zaczyna się wylewać. Głęboki smutek jest już nie do uniesienia, zalewa nas i nie daje szans. Tak rodzi się depresja.

Pozwólmy sobie na przeżywanie trudnych uczuć

Kiedy w naszym życiu doświadczamy straty, która przynosi ze sobą smutek i cierpienie, pozwólmy sobie na przeżycie tych trudnych i nieprzyjemnych uczuć. Podzielmy się naszymi lękiem i zmartwieniami z przyjacielem, który nas wysłucha. Wypłaczmy się w jego ramię.

Ja, kiedy doświadczam smutku i cierpienia często ryczę jak skrzywdzone dziecko, zdarza mi się również napisać wiersz, który pozwala mi lepiej rozpoznać własne uczucia. Potrzebuję wtulić się w ramiona Jacka i poczuć jego siłę oraz wsparcie. Wtedy robi mi się znacznie lżej na sercu, a smutek traci swój obosieczny miecz, którym z jednej strony jest wypieranie bolesnych przeżyć, z drugiej zaś samotne, nadmierne taplanie się w cierpieniu.

Nie musimy wstydzić się naszych słabości i zranień, to są te miejsca w nas, dzięki którym potrafimy lepiej zrozumieć drugiego. Sprawiają, że człowiek stojący obok, czuje się przez nas zaakceptowany i przyjęty. Jeżeli dobrze przeżyjemy i zgodzimy się na obecność słabszych stron w nas samych, nigdy nie będziemy gardzić innymi, ani ich poniżać!

Podzielcie się jak przeżywacie swoje straty i smutki.
A może jest tu ktoś kto przeszedł przez ciemną dolinę depresji i chce pomóc swoim komentarzem, tym którzy się z nią zmagają? Piszcie śmiało.

Podobne Posty

  • Agnieszka Kaczyńska

    Masz rację, ideałem jest jeśli masz ramię do wypłakania i znnnnasz instrukcję obsługi tego ramienia i jeszcze umiesz z niego skorzystać. Problemem są takie przypadki jak ja z przyklejonym uśmiechem i siłą jakże pozorną oraz z całkowitym brakiem umiejętności przytulania…ktoś chce przytulić a ty sztywniejesz bo nie umiesz inaczej, nie znasz czułości. Mam za sobą taki przełom depresyjny, gdzieś tam w biegu z pracy do domu czy odwrotnie zatrzymałam się pośrodku nieoznakowanoego przejścia dla pieszych w bardzo ruchliwym miejscu i tak sobie stałam zapatrzona w światła nadjeżdżającego samochodu i tak stałam całą wieczność …potem był pisk hamulców krzyki,szrpanina nic nie czułam. Dziś jest 15 lat później, uśmiecham się , mam czułe ramie do wtulania i płakania, mam cudownego 6 tygodniowego okruszka Maksa , 41 lat , jesteśmy biedni ale już niesfrustrowani, lubię to co mam każdego poranka. Jedyne co mogę uczciwiie doradzić to zmniejszenie oczekiwań wobec siebie i życia, dobrze mieć ambicje ale one dla depresyjnych ludzi bywają potworami ,które zawsze siedzą w kącie serca i głowy. Pozdrawiam ciepło Aga

    • Agnieszko, setny raz czytam twój komentarz bo promieniuje z niego spokój i dystans do życia z którym spotykam u ludzi którzy pogodzili się ze swoim smutkiem. Oni już wiedzą, że nic w życiu nie muszą, nigdzie się nie spieszą…

  • Do stanu, który sprzyja depresji dodałabym stres, rozumiany jako potężna mobilizacja ciała i umysłu. Zetknęłam się z czymś takim osobiście, kiedy po okresie wytężonej pracy umysłowej, masy planowania, praktycznie życia danym projektem, następowała faza spokoju a potem zaczynałam się źle czuć. Oczywiście udałam się do lekarza i przepisane środki naprostowały mnie.

    • Całkowicie się z Tobą zgadzam.
      Kiedy jesteśmy „rozpędzeni” chyba nie odczuwamy go tak mocno, takie momenty podobne są do chwil, w których np. musimy ratować własne dziecko. Adrenalina sprawia, że nie odczuwamy stresu tylko potężną siłę. Gdy jednak zadanie zostaje wykonane możemy doświadczyć potężnego „spadku”. Jeżeli szybko nie zadziałamy to do depresji jeden krok. Pozdrawiam Cie serdecznie i gratuluję mądrej decyzji 😉

  • bubu

    szczerze ? Mam faceta palanta , od urodzenia się córki nie pomaga mi w niczym .. Wyśmiewa , upokarza mnie że , jestem gruba i jak mi nie wstyd tak wyglądać ( dodam że , został mi nie duży fałd skóry na brzuchu z którym walcze .Warze 69 kg przy wzroscie 165 wiec nie ma tragedii ) ….. Obraża się o wszystko i o nic . Taki czysty fiutek który lubi kogoś pognębić ….. Wiele razy płakałam całe noce ….I co mi to dało ? podpuchnięte oczy ! Nie mam czasu na depresje ! mam super dziecko ktore czasem mnie nederwuje , mam kochajacych rodzicow i mala garstkę przyjaciół z którymi w sumie nie mam czasu sie widywac no ale sa .Zaczynam kolejną szkołę , zapisałam się na kursy dodatkowe , mam plany i marzenia . Nie zniszczę życia mojej coreczce i samej sobie tym że , jej tatuś to fiut a ja jestem taka biedna bo musze go znosic ! o nie ! Niech on se gada co chce ! na mojej twarzy bardzo czesto gosci usmiech i od czasu do czasu lezka ale takie jest zycie !

    • Nie zazdroszczę Ci takiej sytuacji i życzę mnóstwa sił. Jednak depresja nie zważa na to czy mamy na nią czas, czy nie. Przychodzi taki moment, że się przelewa. Jedni mają większość pojemność, inni mniejszą, ale gdy żyjemy w chronicznym przemęczeniu, stresie, gdy brakuje nam czasu na relaks to czerwone światło. Trzymam kciuki za Was Dziewczyny 🙂

  • Ewa

    A jezeli umiesz sie wyplakac ramie jest a nawet ramiona praca, zadowolenie i smutek straszliwy smutek wynikajacy z zawiedzenia sie na ludziach to czy czas pomaga? A moze zrzucenie winy na kogos moze pomoc? Moze rozbudowana nienawisc…

    • Beata

      Beata mam za sobą tzw. depresję pourazową, poważny wypadek samochodowy. Po wielu miesiącach leczenia farmakologicznego odstawiłam wszystkie leki. Zrobiłam to sama, nie mogłam już na siebie patrzeć, po lekach przytyłam kilkanaście kilogramów. Zaczęłam biegać, tak zwyczajnie, rekreacyjnie, codziennie. Nie było łatwo,ale zaczęło być lepiej. Zadowolenie, że pokonałam każdego dnia trudności…czułam się o niebo lepiej. Nie było łatwo, lęki, obawy, strach towarzyszyły mi codziennie. Następnym krokiem była decyzja o oswojeniu wroga, czyli depresji. Pomyślałam, że jeśli będę mieć wiedzę, przestanę się bać. Czytałam, bardzo dużo czytałam na jej temat. Pomału układałam sobie wszystko w głowie. Wyszedł z tego nietuzinkowy melanż. Moim lekarstwem na depresję okazało się bieganie i na nowo odnalezienie relacji z Bogiem. Odnalazłam spokój a właściwie pokój w moim sercu. Nabrałam dystansu i nauczyłam doceniać każdą chwilę. I dziękuję za to doświadczenie, bo z pokorą patrzę na świat. I zrozumiałam, jak ciężka jest to choroba i jak niewiele osób rozumie chorych zmagających się z tą chorobą. Przyznaję, że ja też nie miałam bladego pojęcia, dopóki nie zachorowałam…

  • Edyta

    Ja ekranie leżę w łóżku i próbuje zrozumieć po co mam wstać jutro rano. Obok leży moje ukochane dziecko. Obudzi się tek nocy jeszcze z cztery razy i będzie domagać się czułości i piersi. Za ścianą niczym współlokator śpi ojciec mojej kruszynki – mój partner. Czasem potrafi się postarać (jak mu się zechce) i zajmie się małą rano. 90% poranków „należy” do mnie. Po za tym uwielbia gry i często marze by być tym komputerem, żeby to mnie tak czułe dotykał, czytał i spędzał ze mną wieczory. Dziś moje dziecko przez 5 oglądało bajki. Nie miałam siły bawić się. Często w nocy „przez zęby” przeklinam kiedy się po raz „setny” się budzi. A później mam wurzuty że jestem beznadziejna. Przestałam już podejmować próby „powrotu” do realizacji własnych potrzeb – siłowni, fitness. Mój partnernie potrafi zorganizować sobie pracy tak żebym ja mogła coś zaplanować. Wszystko kręci się wokół dziecka. Pobudka, śniadanie, drugie ściąganie, drzemka (niby czas dla mnie ale to tylko równe 40 minut nigdy dłużej, f*ck). Początkowo myślałam że ten stan to hormony – odkładam dziecko od piersi wiec może coś tam się zmienia. Ale coraz częściej czuje że potrzebuje pomocy. Choćby teraz. Nawet nie mam łez. Czuje tylko odrętwienie i niemoc. Chce coś zmienić.

    • Edyta nie wolno Ci zostawać samej z tym doświadczeniem. Bardzo dużo bólu i smutku w tym co napisałaś, ale jest również pragnienie i nadzieja. Z tej sytuacji jest wyjście. Spróbuj poszukać dobrego psychologa i umów się, żeby pogadać. I jeśli chcesz napisz do mnie na priv, na pewno wspólnie znajdziemy jakieś wyjście. Pozdrawiam Cię serdecznie.

    • Ola

      Miałam identyczne myśli odczucia i jeszcze wiele innych , tylko że ja sama wychowywałam syna od urodzenia.Nie miałam wsparcia w rodzinie w znajomych – byłam z tym sama i 8lat to trwało zanim dostałam się do specjalisty i uzyskałam pomoc !To było o wiele wiele za pozno !!!Miałam już myśli o tym że nie chcę żyć , że chcę zasnąć i się już nie obudzić i to okropne poczucie winy ,że jak mogę tego chcieć przecież mam syna który mnie potrzebuje…. i ta bezradność że nie potrafię , nie mam siły się nim zająć ,kto może go wziąść i się nim zająć pokochać …i dużo by pisać.Konsekwencje stanu do jakiego się doprowadziłam ponoszę do dzis.
      Nie czekaj !Bardzo Cię proszę nie czekaj tylko idz po pomoc, bo z własnego doświadczenia wiem że bedzie tylko gorzej .

      • Marta

        Niesamowite jak bardzo podobne mamy myśli.
        A co do faceta, który tylko „niby” jest, to to bardzo trudna sytuacja. Codziennie myślisz, że „ktoś” ci pomoże… i codziennie to rozczarowanie, złość…

  • Paulina Wargulewska

    tak dodałabym stres i narzucanie zachowań i ocenianie przez innych Twojego zachowania, zachowania Twoich dzieci itp. mam dwójkę dzieci….jedno 19 miesięczne a drugie ponad 3 miesiące. żadne z nich nie jest na tyle samodzielne aby zrobić sobie jeść, załatwić się czy powiedzieć coś co ich boli, czego oczekują. a ja niestety jestem sama bo jak w większości rodzin to mąż teraz pracuje. więc ja jestem sama a ich jest dwoje!!! muszę ich nakarmić, przewinąć, przebrać, myć itp. a jeśli obydwoje czegoś chcą i potrzebują w tym samym czasie….nie mogę się sklonować i zająć się każdym z osobna w tej samej chwili więc jedno płacze, złości się a drugie się uspokaja gdy się za nie zabieram a ja szaleje z bezsilności ponieważ żaden zdrowy człowiek nie jest w stanie żyć w takiej sytuacji miesiącami. oprócz tego oczywiście problemy finansowe…. kupić pampersy czy jedzenie w ostatnim tygodniu miesiąca. straszne!! już nawet nie wspomnę o lekach gdy taka potrzeba zajdzie! i pewnego dnia puka do mnie pracownik socjalny….że dzieci krzyczą. pewnie że krzyczą bo są dziećmi a ja jestem sama. wizyta przebiegła normalnie ale po wizycie weszłam w takie koło…chore koło. starałam się aby nie krzyczały a im bardziej krzyczały tym większą żałość i bezsilność czułam a co za tym idzie stres i nie panowanie nad sobą. po kilku tygodniach byłam w szpitalu z najmłodszym z rodu i od męża usłyszałam że pewna somsiatka, taka starsza babcia co obok nas mieszka, obgaduje nas na klatce do innego mieszkającego tu osobnika-„a tu to dzieci wciąż krzyczą i dlaczego nikt z tym nic nie robi”. nie muszę mówić że wpadłam w depresję!!! ale już jest lepiej. jest znacznie lepiej…może wrócę do pracy jeśli tylko znajdę coś!

    • No własnie ta pieprzona presja społeczna. My matki znamy to dokładnie. Dziecko krzyczy, histeryzuje, płacze, kładzie się na ziemi, tupie nogami i te oceniające spojrzenia, dobre rady, kręcenie głową. I tak jak napisałaś wchodzimy w błędne koło. Dzieci wrażają swoje potrzeby, emocje, ludzie nas oceniają, my staramy się dyscyplinować dzieci, żeby ludzi nie gadali, dzieci czuja naszą presję i rodzi się w nich napięcie, zachowują się „jeszcze gorzej”. Inni oceniają i tak w kółko. Nie powiem Ci „olej co inni gadają” bo to łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Zresztą pewnie doskonale wiesz, że powinnaś to olać. Dobrze, że już jest lepiej. Trzymam kciuki za znalezienie pracy.

      • Paulina Wargulewska

        całe szczęście jesteśmy coraz bardziej świadome swoich praw i o nie walczymy. dlatego wszystko się zmienia. kobieta matka już nie jest tylko od tego aby wychowywać w zaciszu domowym dzieci i decydować się tylko na wyrzeczenia, wmawiając sobie że od teraz już liczy się tylko rodzina. dziś kobieta żona i matka ma swoje pasje, hobby a przede wszystkim dużą świadomość siebie i swoich potrzeb.
        pozdrawiam

    • Barbara Gajowiak-Adamczewska

      Widzisz, przeszłam podobny scenariusz, Dobrnęłam do depresji i z niej wyszłam. Co ciekawe obyło się bez bólu, może trochę łez się polało (ale co to dla nas – w depresji to codzienność), powoli nauczyłam się dystansu do życia i otoczenia. Dziś jestem szczęśliwą mamą trójki dzieci i nie zwariowałam, nie przejmuję się, że w domu często gości bałagan (on jeść nie woła), dzieci ciągle czegoś chcą i czasami gdy presja rośnie to tym bardziej zwalniam tempo. Twoje szkraby czują napięcie więc i one są nerwowe. Tego luzu nauczyć się trudno, ale warto. Warto pójść do specjalisty, on pokaże jak ujarzmić Bestię i zacząć się uśmiechać.

      • Paulina Wargulewska

        też tak myślę!!! i będę szukała pomocy bo sama sobie nie jestem w stanie pomóc .pozdrawiam 🙂

  • matka

    Witam -jestem po takim przejsciu,10 lat temu zginąl w wypadku moj mąz i zostalam sama z 6 dzieci i to malych bo wieku od 2 miesiecy do 15 lat.Bylam w strasznym stanie -nie moglam spac ,jesc i myslalam jak ja bd zyc ,jak dam radę z tak malymi dziecmi.Wtamtych chwilach pomogli mi przyjaciele ,rodzina znajomi ,kolezanki z ktorymi do dzisiaj utrzymuję bardzo dobre kontakty,wtedy widzialam na kogo mogę liczyc ,do kogo mogę sie wyzalic,wyplakaci wtedy bylo mi lzej na duszy i z nowymi silami szlam do codziennych obowiązkow a poza tym wiedzialam ze muszę isc do przodu bo dzieci chcą jesc i zwyklej rozmowy i pytania -dlaczego .Co ja mialam im powiedziec na takie pytania jak sama nie wiedzialam dlaczego tak się stalo,ale mimo to dalam radę i dzis dzieci są już duze i ja silna psychicznie i wiem ze nie poddam się i idę do przodu i dzieci tez widząc ze ja nie poddaję sie to tez są silne i dzielne,wiem ze dadzą sobie radę ze wszystkim Jak jest im trudno to dzwonią i pytają mamo co bys zrobila na naszym miejscu- widzę ze jestem podporą w wilelu sprawach i cieszę się ze najgorsze za nami ,pozdrawiam wszystkich

    • Z ciężkim sercem czytam takie świadectwa 🙁 Trudno mi nawet wyobrazić sobie taką sytuację i to co wtedy musiałaś przeżyć. Dobrze, że byli obok ludzie na których choć trochę mogłaś się oprzeć. Uff…mieć tak silną matkę to prawdziwy skarb dla dzieci. Pozdrawiam cię serdecznie i życzę dużo sił.

  • Karo

    Miałam 13 lat gdy zmarła moja mama, 18 gdy odszedł ojciec, 22 gdy po ciezkiej chorobie zmarł moj brat, alkoholizm rodziców, przemoc, rodzina zastepcza, pozniej praca, studia i 200km w jedna strone by pobyc z bratem przez kilka godzin, ciezko. Przez rowny rok pozwolilam sobie na niebycie, na zjadanie ton czekolady, na ryczenie po 10 razy dziennie i palenie papierosów, ostatni tydzien tego roku skreslalam dni i rodzilam sie na nowo:) Piekna, młoda, doswiadczona, pokaleczona z kazdej strony, ale pewna swojej siły i wartosci. Szybko poznalam Jego, dzielacego moje poglady i dajacego niesamowite poczucie stabilnosci, po 3 latach slub, spelnienie marzen, wymarzona praca tez sie znalazla i jakims cudem mieszkanie, po kolejnych 3 urodził sie On, malutki czlowiek, ktory kazdego dnia uczy mnie cierpliwosci, milosci, zaufania i najpiękniejszy jest, gdy spi w moich ramionach. Dziś wydaje mi się, że rownowaga musi byc zachowana i po burzy nawet bardzo długiej przychodzi słonce:) Taki sliczny cytat przeczytałam ostatnio ” Kiedy walczysz to jesteś słaby. Bo silny nie musi walczyc. Po prostu zywcięża” Ja już tez nie walcze, od dawna, po prostu zwycieżam:)

  • Kasias

    Miałam 13 lat gdy zmarła moja mama, 18 gdy odszedł ojciec, 22 gdy po
    ciezkiej chorobie zmarł moj brat, alkoholizm rodziców, przemoc, rodzina
    zastepcza, pozniej praca, studia i 200km w jedna strone by pobyc z 
    bratem przez kilka godzin, ciezko. Przez rowny rok pozwolilam sobie na 
    niebycie, na zjadanie ton czekolady, na ryczenie po 10 razy dziennie i 
    palenie papierosów, ostatni tydzien tego roku skreslalam dni i rodzilam
    sie na nowo:) Piekna, młoda, doswiadczona, pokaleczona z kazdej strony,
    ale pewna swojej siły i wartosci. Szybko poznalam Jego, dzielacego moje 
    poglady i dajacego niesamowite poczucie stabilnosci, po 3 latach slub,
    spelnienie marzen, wymarzona praca tez sie znalazla i jakims cudem
    mieszkanie, po kolejnych 3 urodził sie On, malutki czlowiek, ktory
    kazdego dnia uczy mnie cierpliwosci, milosci, zaufania i najpiękniejszy
    jest, gdy spi w moich ramionach. Dziś wydaje mi się, że rownowaga musi
    byc zachowana i po burzy nawet bardzo długiej przychodzi słonce:) Taki
    sliczny cytat przeczytałam ostatnio ” Kiedy walczysz to jesteś słaby. Bo
    silny nie musi walczyc. Po prostu zywcięża” Ja już tez nie walcze, od 
    dawna, po prostu zwycieżam:)

  • Kropek

    Prawdziwa historia,mogłabym się pod nią podpisać. Ja zmagam się z depresją kilka lat, cudem ja i moje bliźniaki przeżyliśmy poród, potem ciągle szpitale, choroby, mąż najcudowniejsza osoba na świecie,moje oparcie-w delegacjach, a ja ciągle sama z moimi skarbami… cieszyłam się każdym postępem dzieci, czułam i czuję się spełniona jako mama ale jednak nie pracowałam,nie skończyłam studiów nikt mi nie pomagał,byłam ze wszystkim sama;/ rósł żal, zaczęłam chudnąć, bolało mnie wszystko,kręgosłup najbardziej, leżałam na podłodze,patrzyłam w sufit i wyłam…z żalu „bez powodu”…ciągło się to dwa lata zwiedziłam wszystkich lekarzy,zrobiłam wszystkie badania, nic nie znaleźli…a ja ważąc 40kg czułam się coraz gorzej,myślałam o samobójstwie…w końcu przyznałam przed samą sobą że mam depresję i już nie mam siły sama z nią walczyć. Poszłam do psychiatry,stwierdził głęboką depresję i nerwicę,biorę codziennie tabletkę i jestem szczęśliwa, trzeba mieć kogoś żeby móc mu mówić o wszystkim nie dusić niczego w sobie,i codziennie sobie powtarzać że damy radę i mamy dla kogo żyć, odważyć się i małymi kroczkami spełniać się, musi być dobrze! Pozdrawiam;”

    • Kropek

      dodam jeszcze że każde negatywne przeżycia mogą nas strącić na „dno smutku”. Mnie od maleńkości terroryzował ojczym,nie mógł przeżyć faktu że „to on mnie nie zrobił”, pił, bił, uciekaliśmy z domu… potem po porodzie kolejny strach o dzieci… ale wierzę że najgorsze już minęło, mam wspaniałego męża-przyjaciela, dwóch cudownych synków i to dla nich codziennie walczę ze swoim wrogiem ;]

  • kamila

    Ja zostalam z dwójka dzieci 2 lata temu kiedy ich ojciec odebrał sobie zycie. Starszy teraz ma 4,5 młodszy 3. Nie m już siły nie chce mi się wstawać rano ani bawić z dziećmi.po prostu mam wszystkiego dość. Dzieci się mnie wogóle nie słuchają robią co chcą i kiedy chcą… Nie mam własnego mieszkania. Po śmierci ojca dzieci mieszkalam w ośrodku monar w 6metrowym pokoju z laziemnka. W tym roku się wyprowadzilam bo już nie dawalam rady. Powiedzieli ze mogę się spodziewać mieszkania za 10 może 5 lat.od rodziny zero pomocy od ukończenia 18 r.ż. teraz mam 23 i niech ktoś mi powie ze nie jest ciężko wpaść w depresję.

  • Veronica

    Z depresją jest taki problem, że myślisz, że jest lepiej, a następnego ranka budzisz się i źle ułożony twój ulubiony kubek w kuchni sprawia, że wszystko w tobie pęka, na nowo rozpadam sie na kawałki…

  • Angi

    Chyba jestem w podobnym stanie. Wiecznie pędząca próbująca w pojedynkę zaspokoić potrzeby mojej dwójki. Znajomych brak. Tylko praca, dom, zajęcia dodatkowe. I powroty do pustego domu gdzie tez czeka robota. Ale często czuje taka bezsilność ze nic mi sie nie chce. Brak ramienia na którym można by sie wesprzeć, brak możliwości przytulenia sie i bycia przytulanym i usłyszenia : Jesteś super. Cora bardziej jestem nerwowa, coraz cześciej krzyczę na dzieci co wiąże sie z potężnymi wyrzutami sumienia. Roller coster u mnie pędzi w dół i bardzo mi z tym Zle. Gram na zewnątrz ze jest super , daje radę. Z samotnością nie daje sobie rady i czuje ze opadAm z sił.

  • A

    Przeczytałam artykuł, przeczytałam komentarze i chciałabym się z Wami podzielić moją historią. Moje życie było cudowne! Wychowałam się w kochającej rodzinie, niczego nigdy w domu nie brakowało, skończyłam studia i spełniłam swoje marzenia wyjeżdżając za granicę. Dostałam tu pracę o której marzyłam i poznałam najwspanialszego faceta na świecie! Ambitny, wierny, odpowiedzialny, czuły, troskliwy i mogłabym tu jeszcze długo wymieniać. Zamieszkaliśmy razem, na brak pieniędzy nie możemy narzekać, jesteśmy zdrowi, uwielbiamy swoje prace, ale mamy też dużo czasu dla siebie. I nagle dwie cudowne kreseczki na teście ciążowym! Owoc naszej miłości i wisienka na torcie! Czy można jeszcze czegoś chcieć od życia? Jednak moja historia nie kończy się dobrze. Dwa miesiące temu będąc w 36 tygodniu ciąży serduszko naszej córeczki przestało bić. Nie ma takich słów jakimi mogę choć w jednej setnej określić swój ból. Mam ogromne wsparcie w mojej rodzinie, znajomych i w moim mężczyźnie, jednak moje życie straciło sens. Nie wróciłam jeszcze do pracy i szczerze nie mam na to ochoty. To co kiedyś sprawiało mi radość teraz wywołuje łzy. Każdego ranka budzę się i wiem że ten dzień już nie ma sensu. Wieczory spędzam w pokoiku który był przygotowany dla naszej córeczki i ryczę. Oglądam zdjęcia z usg, składam po raz setny jej ubranka i ryczę. Gdyby nie mój chłopak, sądzę że już mogłoby mnie tu nie być. Cała rodzina oczywiście też jest z Nami, ale tylko On mnie tak bardzo rozumie. Jednak mimo wszystko nie potrafię sobie z tym wszystkim poradzić. Wiem że potrzebuję pomocy, ale czy naprawdę psycholog pomoże mi to zrozumieć? Czy da mi odpowiedź na pytanie „dlaczego”? Nie potrafię uwierzyć że ktoś może jeszcze kiedyś spowodować że się szczerze uśmiechnę.. A.

  • Głęboki smutek

    Nieprawda, że tak miało być.
    Że warto w byle pustkę iść.
    To wciąż za mało, moje serce, żeby żyć…

Polub nas, bedzie fajnie :)
Polubila(e)s? Kliknij tutaj aby sie wiecej nie wyswietlalo.
Przeczytaj inne:
Adaś chory na Zespół Millera-Diekera
Test serca. Adaś – Mały Książę

Pozwólcie, że przedstawię dzisiaj niezwykłego - zwykłego chłopca ze złotymi włoskami. To Adaś - Mały Książę naszych zagmatwanych czasów.

Zamknij