Była sobota rano, przebudziliśmy się około godziny dziewiątej. Trzeba nadmienić, że położyliśmy się tego samego dnia o 5 rano. Po całonocnej jeździe wróciliśmy z 10 dniowego wyjazdu do rodziny. Niestety wyjazd był dość nieoczekiwany i smutny, ponieważ związany z tragicznym wypadkiem bliskiej nam osoby. Byliśmy zmęczeni, a dzieci chore. Jacek stanął jak zwykle na wysokości zadania i popędził do apteki. Kiedy wrócił, chował coś za plecami. Najpierw podszedł do mnie, pocałował i wyciągnął 5 białych różyczek oraz czekoladową babeczkę. Zuzia patrzyła na tę scenę troszkę zaskoczona. Wtedy tata podszedł również do niej i wręczył jej trzy różyczki. To co pojawiło się na twarzy Zuzi było dowodem niezbitym, że nawet czteroletnia dziewczynka nosi w sobie serce i emocje prawdziwej kobiety. Była jednocześnie onieśmielona, zdziwiona i zachwycona. Nadstawiła policzek na tatusinego buziaka i zupełnie nie zwracając uwagi na babeczkę, a uwielbia wszystko co ma choćby kolor czekolady, wołała w zachwycie:

“Mamo zobac jakie piękne dostałam od tatusia, musimy sybko wstawić je do flakonu”.

Żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia tych różyczek, że nie były zachwycające to mało powiedziane, były bardzo lichutkie i przywiędłe . Niestety w naszej wsi, w sobotę rano, jedynie Biedronka oferowała dwa ostatnie umęczone bukieciki. Dla Zuzi były to jednak najpiękniejsze róże świata, pierwsze kwiaty od mężczyzny jej czteroletniego życia. Nie pachniały zupełnie, ale ona podchodziła do nich co jakiś czas, wsadzała w podwiędłe płatki swój maleńki nosek i spoglądając na mnie z rozanieloną miną, pytała:

“Cujes jak pięknie pachną?”

W poniedziałek rano wzięłam zwiędłe już róże i wyrzuciłam do kosza.  Minęło może piętnaście minut, kiedy nagle usłyszałam żałosne pochlipywanie. Zuzia kiedy płacze to słychać ją na pół wsi, ale to nie był taki płacz. Jak “zraniona Julia” stała nad koszem w kuchni i pokazując palcem na przełamane w połowie róże, spytała mnie najsmutniejszym na świecie głosem:

“Mamusiu dlacego one tutaj leżą, te piękne kwiatki od Tatusia, dlacego?”

Zaczęłam tłumaczy, że już zwiędły i trzeba je wyrzucić.

“One są piękne! Nie możemy ich wyrzucić, nie możemy”.

Nic nie pomogły tłumaczenia. Wyjęłyśmy kwiaty z kosza, umyłyśmy, gdyż miały już spotkanie z resztkami jogurtu, obcięłyśmy łodyżki do połowy i wstawiłyśmy z powrotem do flakonu. Stoją piąty dzień, póki co nie ma mowy, by je wyrzucić. Właśnie dzisiaj Zuzia wpatrując się w nie, powiedziała:

“Mamo zobac jak ta jedna różycka się rozwinęła, niedługo wsystkie się rozwiną, a ty chciałaś je wyrzucić”.

Kto wie, kiedy ma się taką wiarę można liczyć na cud.

Bukiet pozostanie na stole do czasu, w którym Zuzia zdecyduje, że już można się z nim pożegnać. Codziennie patrzy na niego z tym samym błyskiem w oczach, który po raz pierwszy pojawił się 8 marca 2014 roku o godzinie 9.30. Ja zaś nie mogę wyjść z podziwu nad jej wrażliwością. Zastanawiam się tylko co zrobić, a może raczej czego nie robić, aby pozostawić w niej nietkniętą tę piękną cechę, która pozwala jej dostrzegać żywą miłość w suchym bukieciku kwiatów.

Dzień kobiet trwa w jej dziewczęcym-kobiecym sercu. Dzięki pierwszemu mężczyźnie życia – Ojcu.

 

Podobne Posty

Polub nas, bedzie fajnie :)
Polubila(e)s? Kliknij tutaj aby sie wiecej nie wyswietlalo.
Przeczytaj inne:
Czy zerówka dla pięciolatków ?
Zerówka czyli nocne koszmary przewrażliwionej matki pięciolatki

- Dzień dobry Pani Helenko, od września moją córkę przywita zerówka. Będzie w Pani klasie. Tak, tak w klasie, pomimo...

Zamknij